Wieczór, który nauczył mnie liczyć do dziesięciu

cupheadltd

New member
Pracuję jako administrator sieci w jednym z tych korpo, które oszczędzają na wszystkim, nawet na żarówkach. Zimą, kiedy większość zespołu wyjeżdża na urlopy, zostaję na popołudniowych dyżurach technicznych. Siadam wtedy na piętrze, które o dwudziestej wieczorem wygląda jak opuszczony statek kosmiczny. Migające lampki na switchach, zapach przepalonej kawy i cisza tak głęboka, że słychać szum własnych myśli. Właśnie w jedną z takich nudy, między jednym a drugim logiem systemowym, postanowiłem sprawdzić coś, co krążyło po internecie od kilku tygodni.

Znajomy z dawnych studiów wrzucał na statusy jakieś śmieszne screeny z gier kasynowych. Nie wyglądało to na żadne wielkie wygrane, raczej na drobne przebitki i dobrą zabawę. Pomyślałem sobie, że skoro siedzę tu do dwudziestej drugiej i tak nie mam nic lepszego do roboty, mogę poświęcić dwadzieścia złotych na sprawdzenie, o co tyle hałasu. Wstukałem w przeglądarkę hasło, które zapamiętałem z jego postów: vavada zaloguj. Zajęło mi chwilę założenie konta i wpłata pierwszych środków. Szczerze mówiąc, spodziewałem się, że szybko wylecę z kasyna z pustym portfelem, i tyle.

Faktycznie, pierwsze piętnaście minut było chaotyczne. Przebierałem automat za automatem jak dziecko, które pierwszy raz stoi przed dużym wyborem lodów. Wszystko błyszczało, grało, mrugało. Trochę się zgubiłem. Aż w końcu trafiłem na grę, która przypominała mi stare sady owocowe z dzieciństwa, te z automatów w barach, przy których stały kolorowe taborety. Nastrój zrobił się przyjemny. Nawet wygrałem jakąś drobnicę, bodaj dwadzieścia parę złotych ponad to, co włożyłem. Pamiętam, że się uśmiechnąłem do monitora jak kretyn.

Ale najbardziej zaskakujące było coś innego. Nie chodziło o to, że wygrałem. Chodziło o to, że w pewnym momencie poczułem, jak moja szczęka zaciska się, kiedy przegrywałem kolejną rundę. Poszedł we mnie taki uraz, taka złość, która domagała się natychmiastowego rewanżu. I wtedy coś kliknęło. W pracy przyzwyczaiłem się, że awarie serwerów rozwiązuje się najszybciej wtedy, kiedy przestajesz panikować i zaczynasz myśleć. Wyłączyłem grę. Policzyłem w myślach do dziesięciu. Otworzyłem czystą kartę historii przeglądarki i potraktowałem to jak testowanie własnej głowy.

Śmiesznie to zabrzmi, ale przez kolejne tygodnie traktowałem ten portal jak takie laboratorium emocji. Wiedziałem, że mam ograniczony budżet na rozrywkę, więc ustaliłem sobie sztywną granicę: sto złotych na tydzień, albo w ogóle się nie loguję. I co? I zaczęło być naprawdę przyjemnie. Kiedy nie walczyłem o odzyskanie strat, każdy spin był po prostu czystą obserwacją. Zdarzało się, że wygrywałem trzysta złotych, a zdarzało się, że traciłem wszystko w dwie godziny. Paradoksalnie oba scenariusze traktowałem teraz tak samo. Bo jak już nie próbujesz się zemścić na losie, to przestajesz się go bać.

Mój kumpel Kuba, który jeździ ze mną na ryby, widział, że czasem wieczorami garbię się nad telefonem i coś tam klikam. Kiedyś zapytał, czy gram, bo sam myślał, żeby spróbować. Nie chciałem, żeby wszedł w to tak samo jak ja na początku, przez przypadek i bez zasad. Ale z drugiej strony nie widziałem też powodu, żeby go straszyć. Powiedziałem mu wprost: jeżeli chcesz, to wejdź sobie kiedyś na vavada zaloguj, ale z góry ustal, ile możesz przegrać i jaką częścią twojego czasu to będzie. Traktuj to jak mecz towarzyski, a nie jak rozmowę o pracę.

I to było chyba najważniejsze. Ta gra przestała być dla mnie sposobem na zarabianie albo na ucieczkę od nudy. Stała się takim poligonem, na którym ćwiczyłem dystans do rzeczy, które nie do końca zależą ode mnie. Bo przecież w życiu jest mnóstwo sytuacji, które przypominają grę: rozmowa o podwyżkę, wynik badania u lekarza, pogoda na wielką imprezę plenerową. Robisz co możesz, a reszta to czysty los. Przez wiele lat wyłamywałem sobie ręce, żeby kontrolować to, co niekontrolowane. A tutaj, przy tych automatach, nauczyłem się po prostu przyjmować to, co spadnie.

Minęło kilkanaście tygodni. Moja żona śmieje się, że od kiedy chodzę na te dyżury, wróciłem do domu z mniejszą ilością zmarszczek na czole. No bo wiesz, jak ktoś kiedyś przegrał dwieście złotych tylko po to, żeby zrozumieć, że nie warto gonić za stratą, to potem inaczej patrzy na korek uliczny albo na zepsutą pralkę. Zamiast tłuc pięścią w ścianę, robię herbatę i myślę, co można naprawić, a co trzeba po prostu przeczekać.

Gdyby ktoś zapytał mnie, czy polecam grę w kasynie, nie odpowiem mu jednoznacznym „tak"". Powiem raczej tak: jeżeli masz ochotę sprawdzić, jak zachowujesz się, kiedy wygrywasz za dużo albo przegrywasz za szybko, to jest to całkiem skuteczne i bezpieczne lustro. Nauczyło mnie ono, że szczęście nie polega na tym, żeby zawsze wygrywać. Szczęście to spokojna zgoda na to, że wynik nie zawsze musi być po twojej stronie. Dzięki temu potrafię dziś powiedzieć „dobra, następnym razem"" i nie myśleć o tym przed snem. Chyba właśnie o to chodzi w całym tym dorosłym graniu.
 
Top